piątek, 31 października 2008
Wyjeżdżamy na Queensland
poniedziałek, 27 października 2008
Community Safety Day
Ferrari
Oszustwo dla oka - wydaje się, że horyzontalne linie są krzywe
Aleee ossso chodzi? W tle pomnik kwadratowej krowy na drzewie
wtorek, 21 października 2008
Wilsons Promontory
Wilsons Promontory jest to najdalej na południe wysunięta część kontynentalnej Australii - tutaj jest ten kawałek na mapie. To, co nas tam urzekło, to dużo bardzo fajnych szlaków pieszych, na których raz się jest nad oceanem, a za chwile na przykład jakieś 500m.n.p.m. na szczycie góry.
I to wszystko przy stosunkowo niskiej liczbie turystów - zdarzało nam się iść 2 godziny i nie spotkać żywej duszy, albo leżeć sobie na ogromnej, piaszczystej plaży na której byliśmy jedynymi ludźmi. Niesamowite!
Lokum na czas wycieczki znaleźliśmy w gospodarstwie niedaleko miejscowości Yanakie - kilka kilometrów szutrową drogą od głównej drogi prowadzącej do parku i jakieś 15 km od wjazdu do parku. Były tam 3 domki przeznaczone dla turystów.
Z tych domków można było dojść, przechodząc obok sadu, nad jezioro - bardzo romantyczne. W tym jeziorze raz przybywało wody, a następnego dnia ubywało (pływy jakieś, czy co) - jednego dnia po dnie jeziora udało mi się odejść kilkadziesiąt metrów od brzegu, następnego dnia woda dochodziła do samego brzegu.
Ciekawostką jest, że to gospodarstwo na stronie reklamuje się jako Gey Friendly.
Olek przez całą wycieczkę był bardzo dzielny - nie marudził zbytnio nawet na szlakach oznaczonych jako Hard. Na szlaku na górę Oberon prawie doszło do tragedii - Olkowi po drodze wypadł niepostrzeżenie plastikowy Bob Budowniczy - szczęśliwie znaleźliśmy go w drodze powrotnej. Uff.
W całym tak ogromnym parku jest tylko jedna sklepo-jadłodajnia - serwowane w niej są posiłki na wynos. Niestety ich spożywanie jest bardzo dyskomfortowe. Cały czas trzeba się odganiać od mew i kolorowych papug próbujących atakować posiłek. Odwrócenie na chwilę wzroku lub odrobina nieuwagi, może oznaczać stratę hamburgera lub kilku frytek lub, jak w przypadku Doroty, jabłka.
To, co mi się niezbyt podoba w Australii, to brak możliwości zwiedzania terenów pozamiejskich bez samochodu. W miejsca oddalone od miast nie ma możliwości dojechania publicznym transportem. Do parku Wilsons Promontory, ani w jego okolice, nie dojeżdża żaden autobus ani pociąg. Żeby dotrzeć z Melbourne na miejsce i podróżować po parku musieliśmy wynająć samochód. Na szczęście wynajem samochodu w Australii jest relatywnie tani.
Na wycieczkę zarezerwowałem Nissana Tiidę, ale na miejscu w wypożyczalni okazało się, że nie mają samochodu tej klasy. Dostałem więc Toyotę Camry - rewelacyjne Auto! Trochę wrażenie zostało popsute po pierwszej wizycie na stacji benzynowej (prawie 10l/100km), ale przy tutejszych cenach benzyny nie jest to dużym problemem. Benzyna w Australii w przeliczeniu na złotówki kosztuje jakieś 2,7 złotych za litr :-)
Za tydzień wybieramy się na tydzień na gorący Queensland. Jak na razie wciąż nie mamy planów - lecimy samolotem do Brisbane, tam wynajęliśmy samochód, bierzemy namiot i prawdopodobnie plan będzie powstawał na bieżąco w czasie wycieczki. Mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak fajnie jak na wycieczce do Wilsons Promontory. Więcej zdjęć znajdziecie w naszej galerii.
czwartek, 9 października 2008
Collingwood Children's Farm
Dzisiaj z okazji drugich urodzin Olka postanowiłam wybrac się z nim na urodzinową wycieczkę i zrobić mu jakąś niespodziankę. Jakiś czas temu znalazłam w necie informację o otwartej dla dzieci farmie w pobliżu Melbourne (czy też w Melbourne, bo to dość płynne pojęcie :). Dzisiaj postanowiłam ją znaleźć, sama zbytnio nie wierząc w powodzenie tej misji. Ale o dziwo, pobłądziliśmy tylko trochę i dotarliśmy do Collingwood Children's Farm.
Olek od razu poczuł się w swoim żywiole. Kózki, kurczaczki, ptactwo wszelakie - ku mojej zgrozie wbiegał nawet między gęsi i kury (mam nadzieję, że rozumiecie powagę sytuacji:). Wąchał kwiatki, jeździł taczką, głaskał świnki morskie i był bardzo szczęśliwy. Bo trzeba wiedzieć, ze nasz Olek ma naturę przyrodnika i kocha wszystkie zwierzątka.
Czyli chyba spodobała mu się ta urodzinowa niespodzianka. A imprezę z gośćmi będzie miał w sobotę. Planujemy piknik i grilla.
A teraz - Sto lat dla Olka! Hip hip! :))))))))))
wtorek, 7 października 2008
Blog Jurków
Druga informacja jest taka, że ostatnio oglądaliśmy nowego Indiana Jones. Polecenie tego filmu, nawet komuś kogo się nie lubi, byłoby sadyzmem... więc nie polecamy tego filmu nikomu.
poniedziałek, 6 października 2008
Nowy rowerek Olka
Swoją pierwszą trasę odbył w Royal Botanic Garden, gdzie wybraliśmy się wczoraj po południu. Mieliśmy zaskakujące szczęście, bo w tym wielkim parku, w wielkim mieście, w którym znamy pewnie ze 20 osób :) spotkaliśmy Mateusza z Zuzią. Zuzce tez spodobał się rowerek.
Zdjęcie zrobił Olek :)
Korzystając z okazji weszliśmy też na Shrine of Remambrance - budowla ta jest pomnikiem ku czci ofiar I Wojny Światowej. Z jej szczytu rozlega się widok na Melbourne i z każdej strony widok jest inny!
Rózne oblicza Melbourne
Wczoraj natomiast, korzystając z tego, że znów zrobiło się ładnie, ale jeszcze nie za ładnie, pojechaliśmy znów do Upper Ferntree Gully, by pospacerować sobie po Danendong Ranges. Znów wędrowaliśmy przez nasz ulubiony busz.
...i rodziców :)
Więcej zdjęć z parku Dandenong jest dostępnych w naszej galerii.
Po wycieczce czuł się zdecydowanie najlepiej z nas i wyciągnął jeszcze padniętych rodziców oczywiście na rowerek. A jak znudziła go jazda, gadał z oposami, które licznie zamieszkują tutejsze parki ("hello oposek", "tu oposek masz nosek", "bye bye oposek":).
Acha, wczoraj przestawiliśmy zegarki. Teraz róznica czasu między nami a Polską wynosi 9 godzin.
A na przyszłą sobotę planujemy świętowanie Olka drugich urodzin.
piątek, 3 października 2008
Koń do mnie powiedział 'You're hot!'
Ale wracając do tego konia - jakiś czas temu wyszliśmy na rodzinny spacer. Dorotka stęskniła się za muzyką na żywo, więc weszliśmy na piwo do lokalu na Federation Square, gdzie w soboty co tydzień gra jakiś zespół - przeważają bluesowe klimaty. Federation Square to taki plac w centrum Melbourne -ośrodek kultury popularnej.
Często tam się odbywają festyny związane z dniem jakiegoś kraju - akurat trafiliśmy na dzień Malty. Jest tam sporo przestrzeni zorganizowanej na różnego rodzaju muzea, aule, na placu często występują artyści uliczni (tzw. performerzy). Budynki to moim zdaniem arcydzieło architektoniczne - taki sen szalonego architekta. Powykręcane, nigdzie nie udało mi się znaleźć kąta prostego. Są tam różnego rodzaju wystawy - na przykład jakiś czas temu byłem tam na wystawie Game On poświęconej grom komputerowym - od najstarszych po zupełnie najnowsze.
Będąc na koncercie Dorotka przypomniała sobie, że tego dnia ma się tam w jednym z budynków odbyć przedstawienie dla dzieci - postanowiliśmy na nie pójść. Olek był wniebowzięty! Prawie dwie godziny późnym wieczorem przesiedział obserwując uważnie scenę.
Właśnie z tej sceny aktorka (swoją drogą bardzo fajna :-) ) przebrana za pegaza krzyknęła do mnie, że jestem hot... cokolwiek miała na myśli.
Lato tutaj nadchodzi wielkimi krokami - czasem upał staje się dokuczliwy. Szczególnie, kiedy muszę być ubrany w strój oficjalny. Jedna z rzeczy, które mi się tutaj podobają najbardziej, to obiady jedzone na trawie w parku. Pracuję w pobliżu kilku parków i zwykle chodzimy do dwóch z nich. Czasem na takie obiady umawiam się z Dorotą i Olkiem.
Dorotka z Olkiem czas kiedy ja jestem w pracy poświęcają na zwiedzanie Melbourne. Jednym z ulubionych miejsc ich wycieczek jest morze. Dzisiaj w czasie spaceru z na plaży w St. Kilda, niestety, sześcioosobową wyprawę (Zuzia, Lia, Olek, Ludwika, Nicole i Dorotka) dopadł deszcz.
Na szczęście zwykle mają więcej szczęścia :-)
Niestety, sobota zapowiada się deszczowo, więc na jutro nie zaplanowaliśmy żadnej wycieczki. Trudno, pójdziemy poszukać prezentu dla Olka, bo za tydzień obchodzi drugie urodziny. Niecierpliwie odliczam dni do listopada - wtedy mam zaplanowany kolejny urlop, który planujemy spędzić w Queensland.