
W drodze do Queenstown
Z Te Anau wyruszyliśmy znowu najwcześniej jak tylko się nam udało, czyli o 9tej rano. Tego dnia mieliśmy zaplanowany najdłuższy kawałek wycieczki. Przejechaliśmy tego dnia prawie 500km – jak na Nową Zelandię, to bardzo dużo. Drogi tam są bardzo kręte, w dużej części górskie. Do tego najliberalniejszym ograniczeniem na Nowo Zelandzkich drogach jest 100km/h. I lepiej dozwolonych prędkości nie przekraczać, bo radary są tam dużo skuteczniejsze niż w Polsce i zza każdego zakrętu może wyjechać radiowóz a wszystkie radiowozy mają tam zainstalowane z przodu urządzenia pomiarowe i policjant nie musi niczego udowadniać. W tym wypadku w domyśle zawsze ma rację. Za przekroczenie dozwolonej prędkości o 30km/h zabierane jest prawo jazdy. Raczej wszyscy na drodze przestrzegają przepisów… no, może poza motocyklistami, ale akurat ta grupa kierowców wszędzie lubi ryzyko.
Pierwszą rzeczą która nas tego dnia urzekła to droga nad jeziorem Wakatipu w okolicach Queenstown.


Jezioro Wakatipu
Naprawdę boskie. Samo osławione Queenstown, do którego wpadliśmy przejazdem nie zrobiło na nas oczekiwanego wrażenia… ot, takie Las Vegas dla back packers’ów. Strasznie tłoczno, nad miastem wciąż krążą samoloty z ludźmi chętnymi wrażeń dostarczanymi przez skydiving. Wszędzie atmosfera totalnej komercji, rafting, bungy, skydive, paraglade, jet boating i co tam jeszcze w tej kategorii wymyślono. I oczywiście te wszystkie rozrywki kosztują dużo więcej niż wszędzie indziej. Bo to Queenstown.
Jeziora Hawea i Wanaka. Na północ od Queenstown
Czym prędzej opuściliśmy Queenstown i pojechaliśmy dalej na północ fantastyczną górską drogą.

Droga prowadząca na północ z Queenstown
Po ponad stu kilometrach dotarliśmy nad Lake Hawea, gdzie postanowiliśmy zażyć kąpieli. Woda była nieco zimna, ale za to krystalicznie czysta – w miejscach, gdzie nie sięgałem nogami dna, było ono wyraźnie widoczne. Do tego te góry wyrastające wprost z jeziora i spokój.


Kąpiel w jeziorze Hawea
Przez następnych kilkadziesiąt kilometrów jazdy szczęka moja prawie sięgała siedzenia. Takie wrażenie zrobiła na mnie droga prowadząca nad brzegiem jeziora Hawea a później Wanaka.

Potem w parku Mt Aspiring zrobiliśmy krótką przerwę na obejrzenie Blue Pools – bardzo malownicze, położone w górach zagłębienia w rzece.

Blue Pools
Dalej drogą czasem zbliżającą kilkanaście metrów do morza Tasmana dojechaliśmy do miejsca naszego noclegu – miejscowości Fox Glacier.
I tu niemiła niespodzianka – schronisko w którym spaliśmy w miejscowości Fox Glacier to jakaś pomyłka. Było to kilka pokoi przylegających do knajpy, brudno i nieprzyjemnie. Jako oświetlenie służyła żarówka wisząca na kablu. Cóż, ale cena była bardzo konkurencyjna (około 50 dolarów nowozelandzkich, czyli jakieś 90 zł za noc). Po spędzeniu tam nocy z ulgą wyruszyliśmy dalej.
Fox Glacier i Lodowiec Franciszka Józefa
Głównymi atrakcjami regionu były dwa lodowce: osławiony lodowiec Franciszka Józefa i nieco mniejszy, ale naszym zdaniem ładniejszy oddalony kilkadziesiąt kilometrów dalej lodowiec Fox Glacier. Lodowce te można zwiedzać na różne sposoby: podejść do nich we własnym zakresie (tą opcję wybraliśmy), wybrać się na zorganizowaną wycieczkę i wspiąć się na nie lub podlecieć do tychże lodowców helikopterem lub małym samolotem (jest nawet nieco droższa opcja z lądowaniem). Ponieważ tego dnia było bardzo pochmurnie z opcji samolotu lub helikoptera zrezygnowaliśmy. Obejrzeliśmy lodowce z odległości i zrobiły na nas ogromne wrażenie.

Lodowiec Franciszka Józefa

W drodze spod lodowca
Paparoa, Pancake Rocks i nasz kolejny nocleg
Po obejrzeniu lodowców pojechaliśmy przecudowną drogą dalej na północ. Droga na początku wiła się pośród gór, z których spływały wodospady. Potem droga ta prowadziła nad morzem Tasmana i moim zdaniem pod względem urokliwości przewyższała osławioną, australijską Great Ocean Road. Dotarliśmy do parku Paparoa, w którym główną atrakcją są znajdujące się w miejscowości Punakaiki wyrzeźbione przez ocean skały Pancake Rocks.

Pancake Rocks
Była to końcówka dnia, więc po krótkim spacerze wyruszyliśmy do miejsca naszego noclegu – farmy położonej 2 kilometry na północ od Charleston. Jest to bardzo zaciszne miejsce. Na farmę wjeżdża się parę kilometrów szutrową, nieco mroczną drogą, przy której stoją stare, rozgruchotane maszyny rolnicze. Sama farma też wygląda nieco mrocznie, ale zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni.
Gospodarz okazał się być niezwykle interesującą osobą. Całe swoje życie poświęcił podróżom i dom w środku przypominał jakieś wypełnione pamiątkami z całego świata muzeum Tonego Halika. I jak sam gospodarz stwierdził, niewiele jest miejsc na globie w których nie był, a jednym z tych nielicznych miejsc jest Polska. Przyczyną okazały się problemy oraz koszty związane z otrzymaniem na początku lat 90tych polskiej wizy (mimo, że kilkakrotnie gościł w Czechach). Oprócz nas gościem na farmie był pewien amerykański młodzieniec, któremu ta atmosfera tak się spodobała, że w tym miejscu zasiedział się, o ile go dobrze zrozumieliśmy, 2 miesiące. Wspólnie z gospodarzem oraz kolegą z USA obejrzeliśmy Harrego Pottera, porozmawialiśmy i przy płaceniu za nocleg spotkała mnie kolejna miła niespodzianka – gospodarz mi zwrócił prawie połowę opłaconej kwoty i dorzucił pluszową maskotkę kiwi, w której Olek się zakochał :-)
Zdjęcia z tej części wycieczki, oraz z drogi do Christchurch znajdziecie w naszej galerii na picasie